piątek, 15 czerwca 2018

Motylki

Czerwiec kojarzy mi się z radością, lekkością oraz przyrodą w pełnym rozkwicie. Z tej okazji chciałam zrobić coś, co w jakiś sposób nawiąże do tej pory roku. Poza tym, zamierzałam w końcu wykonać coś stricte dla siebie, jako że ostatnie projekty w dużej mierze były podarunkami. Myślę, że nic lepiej się nie kojarzy z lekkością jak motyle, które przywodzą na myśl piekno w czystej postaci. A biżuteria będzie stanowiła idealny dodatek do letniej sukienki. 


Na początku przygotowałam wzory (a nawet kilka) na grubszej, kartonowej kartce. Ostatecznie zdecydowałam się na kilka motylków, w tym dwa większe, choć bałam się czy nie będą zbyt duże jak na wisiorek.  Nie wszystkie wyszły symetrycznie, co niestety widać potem na glinianych odwzorowaniach. 


Tym razem wybrałam glinę samoutwardzalną DAS, ponieważ, jak już wspomniałam w recenzji, łatwo ją rozwałkować. A że miałam zamiar wyciąć płaskie obiekty, nie przeszkadzały mi jej mało plastyczne właściwości. 



Ponieważ niektóre z moich wzorów były bardzo mało symetryczne, przecięłam je na pół i odrysowywałam za pomocą jednej części. Dzięki temu motylki wyszły bardziej równe.



Tak wyglądają wycięte z gliny motyle, które pozostawiłam do całkowitego wyschnięcia (przedtem zrobiłam jeszcze dziurki na ewentualny łańcuszek czy rzemyk). Aby pozostały płaskie, dobrze jest przykryć je folią i położyć na nie książkę, o czym niestety zapomniałam... Schnięcie zajmie wtedy odrobinę dłużej, ale nie będziemy mieć podniesionych brzegów. 


Po wyschnięciu zabrałam się za wygładzanie papierem ściernym. Trzeba było zaokrąglić brzegi i pozbyć się brzydkich krawędzi zwłaszcza w zagłębieniach. Większe nierówności można potraktować małym nożykiem, ale trzeba uważać, aby nie zniszczyć sobie pracy.


Kolejny krok to, rzezc jasna, malowanie. W tym celu użyłam farb akrylowych - zależało mi, abym mogła namalować detale, farby do szkła zbyt łatwo się zlewają. Największy kłopot sprawiła symetria (zwłaszcza przy drugim egzemplarzu).




Drui motyl był wzorowany na motylu monarsze - bardzo mi się spodobał wzór na skrzydłach, choć nie mam za wielu ubrań w tych kolorach. 


A oto trzeci i ostatni motylek w kolorze bladego różu (czwarty odrzuciłam, nie podobał mi się jego kształt). Co prawda zrobiłam w nim tylko jedną dziurkę - miał być kolczykiem, jednak może spisze się choćby jako zawieszka.


Ostatni etap to lakierowanie, tutaj nie ma znaczenia tak naprawdę jaki lakier wybierzemy - czy do decoupage, czy do drewna - zależało mi jedynie na tym aby był przezroczysty i błyszczący.

Poniżej przedstawiam gotowe motyle - brakuje jeszcze łańcuszka, muszę poszukać takiego specjalnie przeznaczonego na ten typ wisiorka, w domu mam zwykłe, na jedną dziurkę, nie dwie. Myślałam o sznureczku, jednak nie wyglądało to najlepiej. Łańcuszek bedzie zdecydowanie ładniej się prezentował.






Takie motyle z gliny samoutwardzalnej są bardzo łatwe do samodzielnego wykonania w domu, niekoniecznie musicie je pomalować w ten sam sposób. Właściwie jedynie etap malowania może sprawić jakikolwiek kłopot, reszta jest bajecznie prosta.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Rysunek dziennie - sprawozdanie #23

Czasami mam naprawdę dosyć. Pytam się wtedy siebie po cholerę mi to rysowanie, uczenie się, pisanie bloga, oglądanie wykładów... Najprościej (i najprzyjemniej) byłoby po prostu położyć się na kanapie i obejrzeć kolejny odcinek serialu, a nawet trzy. I tak mój wolny czas jest mocno ograniczony, po co dokładać sobie roboty? No i racja, z drugiej strony, kiedy wewnętrzny głos mówi - no to zrezygnuj! Ja wtedy zamykam buzię na kłódkę. Nie chcę rezygnować. Miałabym tylko (i aż tylko!) zajmować się domem i dzieckiem? Nie, dziękuję, jednak sobie poradzę. Jest czasem ciężko, nie zawsze wszystko uda mi się pogodzić, ale nie chcę odpuszczać czegoś, w co wkładam swoje serce. Dzięki temu jestem spełniona, przez co lepiej funkcjonuję w roli żony i matki. Dlatego każdy kryzys jest paradoksalnie umocnieniem w moim postanowieniu. Nie bójcie się kryzysów - zadajcie sobie pytanie, czy umielibyście naprawdę z czegoś zrezygnować? Odpowiedź wskaże Wam drogę. 


Jak dobrze, że w tym tygodniu rysunki nie są zbyt trudne, każdy mi podpasował. Dobra passa wróciła po poprzednim ciężkim okresie. Cieszę się podwójnie, bo poza rysowaniem doszły mi inne dodatkowe sprawy, po części związane również z twórczością - od ponad miesiąca oglądam wykłady na Skillshare (polecam gorąco, znajdziecie lekcje na przeróżne tematy), a że okres próbny kończy się 24 czerwca, staram się obejrzeć to, na czym mi najbardziej zależy. Ponadto koleżanka pożyczyła mi tablet graficzny do przetestowania (nigdy nie miałam okazji rysować na takim urządzeniu). I jeszcze mąż kupił nową planszówkę... Jak widzicie wieczory mam wypełnione po brzegi, ale cieszę się, że mogę nauczyć się czegoś nowego. Tak samo bywa z rysowaniem, przy okazji szukania inspiracji, często udaje mi się dowiedzieć czegoś ciekawego, tak jak przy rysowaniu haftu czy nawet Myszki Miki.

155. Napis "czerwiec" - bardzo prosty, nawiązujący do owoców, z którymi najbardziej kojarzę ten miesiąc, czyli truskawek. Szukając pomysłu na napis czasem inspiruję się pinterestem, czasem pomysły same przychodzą do głowy, przede wszystkim chodzi mi jednak o poćwiczenie liter - czy poprzez brush lettering, faux calligraphy czy też użycie różnych wielkości i czcionek. 


156. Sierść - wiadomo, rysowanie sierści najlepiej przećwiczyć wykonując podobiznę jakiegoś zwierzaka. Padło na kota, któremu narysowałam nos nieco za nisko, przez co wydłużył mu się pyszczek... Tak czy inaczej sierść jest jednocześnie przyjemnym (przynajmniej dla mnie) jak i czasochłonnym zadaniem. Nie zawsze musi być widać każdy włosek osobno, dużą rolę odgrywa padające światło. 


157. Haft - przed wykonaniem rysunku zrobiłam mały research i zdecydowałam się na narysowanie haftu kaszubskiego. Nie wiedziałam, że charakteryzuje się on pewnymi stałymi elementami, kolorami (odcienie niebieskiego, żółty, zielony, czerwony) oraz kompozycją - gałęzie drzewka nie przecinają się ze sobą. Bardzo mnie to zaciekawiło, co prawda swój rysunek wzorowałam na wzorze znalezionym w internecie, ale fajnie by było stworzyć własną kompozycję. 



158. Pożar - choć najpierw myślałam o narysowaniu płonącego budynku ołówkiem, w ostateczności zdecydowałam się na kolor (farby akrylowe) oraz płonący las. Szczerze mówiąc malunek powstał błyskawicznie, najpier czarne tło, następnie kłęby ognia, a na końcu szkielety osmalonych drzew.


159. Myszka Miki - kolejna bajkowa postać ze świata Walta Disneya. Chciałam narysować Myszkę Miki w wersji vintage  (czasem pojawia się jako krótki klip przed bajkami w kinie), ale nie za bardzo mi się podobała, więc wybrałam klasyczną Myszkę Miki. Przyznam jednak, że zawsze wolałam Kaczogród od Myszogrodu, mimo wszystko przyjemnie się ją rysowało. 


160. Pattern - tym razem wykorzystałam motywy japońskie i wzorowałam się na obrazie japońskiego mistrza Hokusai "Wielka fala w Kanagawie" (może wzorowałam się to dużo powiedziane, raczej inspirowałam tym dziełem). Bardzo lubię japoński styl w malarstwie, jest niezwykły, a ponadto mocno związany z naturą.


161. Usta - następna część ciała, czyli usta. Nic nie poradzę, że rysowanie poszczególnych części ciała wygląda odrobinę dziwnie, tutaj starałam się zaznaczyć jeszcze obszar wokół ust, ale nie wiem czy coś to pomogło. Chciałabym już przećwiczyć całą postać, choć wiem, że nie będzie to łatwe. 


Jak już wspomniałam, ten tydzien poświęciłam na Skillshare oraz tablet graficzny, zamierzony wpis o glinie chwilowo przesunęłam w czasie. Ale przy dobrych wiatrach uda mi się go opublikować do końca tygodnia. Pomału zaczynam myśleć też o Dniu Ojca, choć przyznam, że będzie to nie lada wyzwanie. Pozdrawiam słonecznie i już prawie wakacyjnie!


poniedziałek, 4 czerwca 2018

Rysunek dziennie - sprawozdanie #22

Czerwiec od zawsze kojarzył mi się z samymi przyjemnymi rzeczami - słońcem, energią, truskawkami, końcem szkoły (a tym samym początkiem wakacji!),czy taką prostą radością z życia. Na początku każdego nowego miesiaca zapisuję w swoim kalendarzu planowane wydarzenia, wyjścia i zakupy - czerwiec będzie obfitował w mnóstwo wakacyjnych atrakcji, przede wszystkim na świeżym powietrzu (jeśli upały nie zatrzymają nas w domu). Może nawet z rysowaniem przeniosę się z biurka na balkon! 


Choć początek nowego miesiąca napawa mnie optymizmem, to mimo wszystko ubiegły tydzień był dosyć ciężki, przynajmniej w kwestii wewnętrznej mobilizacji i samodyscypliny. Długi weekend spędziłam w rodzinnym mieście mojego męża, gdzie odcięłam się w dużym stopniu od wszystkiego. Musiałam odrobinę zwolnić, odpocząć, odłożyć pewne sprawy na później. Myślę, że bardzo dobrze mi to zrobiło, jednak nazbierało się przez to sporo zaległości. Rysowanie szło wyjątkowo opornie, a nawet w pewnym momencie stanęło w miejscu. Nie wiem, co się stało, ale dawno już nie miałam takiej blokady. Chyba tylko z dwóch rysunków jestem zadowolona, do niektórych wręcz  najchętniej bym się nie przyznawała... Ale trudno, takie życie, czasami trzeba się przyznać do porażki i iść naprzód.

Na szczęście, żeby nie pisać o samych negatywach, wyprawa do sklepu papierniczego się udała i mój warsztat wzbogacił się o parę drobiazgów. Przede wszystkim zaopatrzyłam się w czyste zeszyty. Myślę, że już do końca mojego postanowienia nie będę musiała kupować żadnego nowego. Oba mają ładne okładki, jeden z motywem typowo wakacyjnym (lemoniada i napisy wykonane kredą), a drugi z mottem Abrahama Lincolna. Ponadto wzięłam również zeszyt w kropkowane strony - nigdy w takim nie rysowałam, jestem ciekawa, czy kropki rzeczywiście pomogą, czy raczej będą mi przeszkadzać. Dokupiłam też pisaki graficzne - cieniutki 0.1 oraz grubszy 0.3. Obecnie używam 0.2, tak więc mam już komplet. Zakupiłam również glinę samoutwardzalną firmy Astra, ponieważ zamierzam wziąć się niedługo za kolejną recenzję. Dorwałam też malutkie drewniane klamerki i choć jeszcze nie wiem do czego mi się przydadzą, jestem pewna, że coś dla nich wymyślę. 



148. Tekstura: koronka - narysowałam jedynie "kawałeczek" koronki, bo trochę czasu niestety mi zabrała. Kreseczki między kwiatowym wzorem powinny być proste, a moje krzywizny wyniknęły z czystego lenistwa. Jednak dzięki temu rysunkowi zauważyłam, że koronki charakteryzują się naprawdę ciekawym wzornictwem, kwiatowe motywy są przepiękne!


149. Nóż - długo zastanawiałam się jak podejść do tego tematu, w końcu postawiłam na doodle i kilka różnych rodzajów noży. Ta plamka na rysunku to pozostałość po kredkach akwarelowych, które przebiły z poprzedniej strony. 


150. Smerfy - najlepszy rysunek w tym tygodniu, nie tylko pod względem wykonania, ale również biorąc pod uwagę przyjemność z jego rysowania. Ze wszystkich Smerfów w wiosce, padło na Marudę (ang. Grouchy), jego mina jest po prostu bezbłędna!


151. Kwiaty - temat rzeka, tak bardzo chciałam rysować kwiaty, że jak przyszło co do czego, to nie potrafiłam wybrać... Czuję się zawiedziona, bo nie popisałam się niczym ciekawym, moje doodlowe kwiatuszki nie są może najgorsze, ale cóż, szału nie ma.


152. Dziecko - i to jest właśnie rysunek, na który aż nie mogę patrzeć... Za bardzo pospieszyłam się z rysowaniem pisakiem, a trzeba było jeszcze poprawić ołówek - głowa dziecka jest zbyt mała w stosunku do reszty ciała no i w ogóle twarz wyszła kiepsko. Uh, nie poszło mi i tyle. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie dodać, że rydowanie dzieci jest naprawdę trudne. Warto przećwiczyć ten temat, i to w różnych kategoriach wiekowych. 


153. Truskawka - tutaj też bez szału, myślałam, że jak narysuje kredkami akwarelowymi to wyjdą mi jakieś fajne efekty. Cóż, jednak same z siebie wyjść nie chciały.


154. Pattern - postanowiłam moje wzory tworzyć w kwadracie (tak, jakbym robiła to w programie graficznym). Co prawda poniższy wzrór musiałby przejść małą modyfikację jeśli miałby być kiedyś wdrożony w życie (dół musi łączyć się z górą) ale sama kompozycja nawet mi się podoba. 


Tyle ze sprawozdania, mam nadzieję, że kolejny tydzień będzie bardziej udany. Liczę na to z całego serca. Co prawda mam kilka spraw do załatwienia, ale jeśli się zepnę, wrzucę na bloga kolejny wpis z gliną samoutwardzalną w roli głównej. A propo gliny, czerwca i truskawek, pamiętacie moje gliniane truskaweczki i jagódki?



wtorek, 29 maja 2018

Rysunek dziennie - sprawozdanie #21

Już kończy się cudowny, słoneczny maj! Aż ciężko mi w to uwierzyć, wydaje mi się, że dopiero co pożegnałam zimę, a zaraz wkraczamy w sezon wakacyjny. Letnich tematów do rysowania nie zabraknie, szczególnie, że jest w czym wybierać. 


W tym tygodniu pojawiły się przeróżne tematy, i choć przez pomyłkę zapowiedziałam ostatnio piłkę nożną, przypadła ona dopiero na ten tydzień. Poza tym sporo rysowałam ołówkiem, więcej czasu poświęciłam częściom ciała - stopie oraz dotykowi

Z racji, że kończy się już nieubłaganie kolejny miesiąc, publikuję listę czerwcowych tematów - pomału zaczynam zbliżać się do półmetka! Zdałam sobie sprawę, że odkąd codzienne rysowanie stanowi nieodłączną część mojego dnia, będzie mi go brakowało w przyszłym roku. Chyba że powstanie druga edycja... Ale na takie myśli jeszcze za wcześnie.



141. Piłka nożna - fanką futbolu nie jestem, ale jest to sport tak bardzo popularny w Polsce, że grzechem byłoby pominąć taki temat. Wobec tego prezentuję piłkarski rysuneczek w stylu doodle. 


142. Trawa - przy pomocy kredek akwarelowych powstała właściwie nie trawa, a mała łączka. Choć może głupio to zabrzmi, ale zerknęłam do tutoriali aby zobaczyć, jak nakładać kolory by stworzyć wrażenie głębi. Nie wyszło może porywająco, ale chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, co przedstawia rysunek. 


143. Stopa - znów wyrwałam się do przodu przy ostatnim sprawozdaniu, gdzie zasugerowałam, że kolejną częścią ciała do rysowania będą usta. Otóż nie, następna okazała się stopa. I znów, niby nieskomplikowana, a jednak trochę się nad nią nasiedziałam. Myślę jednak, że było warto. Kiedyś poskładam te wszystkie części ciała do kupy i w końcu narysuję całego człowieka, obiecuję! 



144. Garfield - uwielbiam rysować postacie z bajek, to takie odprężające zajęcie. Kto z nas nie zna tłustego kocura, namiętnie obżerającego się lasagne? Postanowiłam nadać koloru mojemu rysunkowi, choć niestety nie miałam  idealnego odcienia, przez co mój Garfield wyszedł zbyt pomarańczowy. 


145. Dotyk - byłam pewna, że wymyślając ten temat, miałam jakiś konkretny pomysł w głowie, niestety, gdzieś się po drodze zawieruszył w odmętach umysłu. Stąd (mało oryginalnie) wzorowałam się na zdjęciu z internetu. A że mam jeszcze świeże wspomnienia maluśkich rączek mojego synka, pomysł na ten rysunek bardzo mi przypadł do gustu.


146. Mama - jak się domyślacie, jest to rysunek, który przypadł na Dzień Matki. Z początku planowałam zostawić sam szkic, ponieważ rysunek był dzięki temu taki delikatny i eteryczny, uchwytujący tą niezwykłą więź matki z dzieckiem, ostatecznie postanowiłam jednak nieco go poprawić, mam nadzieję, że nie straciłam przez to pożądanego efektu. 


147. Pattern - wzór inspirowany przyrodą, właściwie kojarzący się już z czerwcem. Uwielbiam maki, nie mogło ich zabraknąć wśród moich rysunków, stąd pomysł na poniższy wzór. Kwiaty i makówki pokolorowałam kredkami akwarelowymi. 


Wiem, że dzisiejsze sprawozdanie znów wjechało na bloga spóźnione, za co przepraszam, bo wizyta teściowej to nie do końca dobra wymówka (choć pewnie niektórzy się ze mną nie zgodzą). W tym tygodniu planuję odpocząć, ale później ruszam z kolejnym wpisem o glinie samoutwardzalnej! Niedługo wybieram się do mojego ulubionego sklepu plastycznego, a kto wie, co tam ciekawego znajdę i co mnie zainspiruje... Pozdrawiam Was serdecznie na te ostatnie majowe dni!

piątek, 25 maja 2018

Tea bag holders na Dzień Mamy

Tegoroczny Dzień Matki jest dla mnie szczególnie wyjątkowy. Po raz pierwszy obchodzę go jako mama. I choć będąc w piątym miesiącu ciąży już po cichu świętowałam, teraz mogę w końcu pełnoprawnie obchodzić ten dzień. Poza tym już wiem, co tak naprawdę oznacza bycie mamą i dzięki temu poczułam jeszcze większą wdzięczność i szacunek wobec mojej rodzicielki. Dlatego oprócz głównego prezentu, jakim jest książka, chciałam jej podarować jeszcze coś od siebie, oczywiście wykonanego własnoręcznie. Celowałam w jakiś drobiazg, który oprócz walorów estetycznych, miałby też zastosowanie praktyczne. 

Cała moja rodzina lubuje się w herbacie (choć kawoszy nie brakuje). Nie jesteśmy co prawda koneserami, smakuje nam zwykła herbata z torebki, sypaną pijemy raczej od święta, stad pojawił się pomysł na gadżet, uważam, bardzo przydatny. Jak wiecie, przy zalewaniu herbaty jej papierowa końcówka często wpada do środka. Przypadkiem odkryłam istnienie tzw. tea bag holders (nie znalazłam polskiego odpowiednika, jeśli chcecie znać dosłowne tłumaczenie - coś, co trzyma torebkę herbaty), które występują na rynku zagranicznym w postaci silikonowej, porcelanowej bądź wykonane z modeliny. Są przeróżnych kształtów, zazwyczaj nieduże, aby nie przeszkadzały w piciu. Nakłada się je na krawędź kubka i owija sznureczek od torebki tak, aby papierowa część nie wpadła przy zalewaniu do naczynia. Proste i jednocześnie genialne. Oczywiście, można się obejść bez tego gadżetu, ale uważam, że to całkiem sympatyczna drobnostka.


No dobrze, ale jak już wspominałam, glina samoutwardzalna średnio nadaje się do przedmiotów mających styczność z żywnością. To prawda, nadal jestem zdania, że lepiej wykorzystać do tego inny materiał. Jednak tym razem postanowiłam nagiąć nieco zasady i poeksperymentować. Dlatego mój dzisiejszy wpis nie jest propozycją do samodzielnego wykonania w domu, raczej pewnym doświadczeniem - jeśli chcecie wykonać własny tea bag holder z gliny samoutwardzalnej proszę bardzo, ale bądźcie świadomi pewnego ryzyka.

Groźnie to zabrzmiało, nie bójcie się, nie mam zamiaru otruć mojej mamy! Przestrzegam tylko przed wykonaniem przedmiotu, który będzie miał dłuższy kontakt z żywnością jak miski, talerze itp. Tea bag holder nie będzie miał w dużej mierze bezpośredniej styczności z napojem, powinien być też na tyle mały, aby nie sięgał do herbaty. Większy problem stanowi para wodna, a co za tym idzie - temperatura oraz wilgoć, która zdecydowanie nie służy naszej glinie. Ale i na to znalazłam sposób, dowiecie się jaki w dalszej części wpisu. 

Glina w ruch!


Zaczynamy od początku, mianowicie od pomysłu na nasz tea bag holder. Wbrew pozorom to nie takie oczywiste, wybór nie jest prosty. Najczęściej widywałam zwierzątka (wyglądają uroczo, przewieszone przez kubek), ale wszystko będzie dobre, byle dało się owinąć wokół niego sznureczek od herbaty. Ja zdecydowałam się na ptaszki oraz motyw roślinny.

Gdy już podjęliśmy decyzję, zabieramy się za wcielanie naszego pomysłu w życie. Co nam się przyda? Kubek (najlepiej standardowy, taki, którego najczęściej używamy), glina samoutwardzalna (użyłam gliny samoutwardzalnej firmy Kooh-i-nor), ołówek bądź pędzel o średniej grubości trzonku, nożyk, kawałek papieru ściernego,  farby akrylowe lub farby do szkła, ewentualnie narzędzia do ozdabiania, rzeźbienia w glinie. Na poniższym zdjęciu widnieje mój kubek z pliszką i przygotowana kulka z gliny, z której uformuję prototyp ptaszka. 


Kolejny krok to formowanie z gliny naszego przedmiotu. Glina KERA plast spisała się tutaj bardzo dobrze, jej plastyczność pozwala na swobodne lepienie. W kubku miałam odrobinę wody, której użyłam do wygładzenia nierówności po uformowaniu właściwego kształtu. Jeśli chodzi o miejsce, dzięki któremu umieścimy tea bag holder na naczyniu, proponuję najpierw naciąć glinę nożykiem, a potem pogłębić np. ołówkiem. Poniżej przedstawiam etapy powstawania moich herbacianych gadżetów. Ostatecznie ulepiłam dwa ptaszki, ponieważ jeden wyszedł całkiem spory (przypuszczam, że nada się tylko na jakiś większy kubek), drugi zaś będzie pasować do standardowych naczyń. Spontanicznie powstał też trzeci, ozdobiony różyczkami.

 









Ulepione przedmioty zostawiamy do wyschnięcia. Moje ptaszki były suche już następnego dnia, ale lepiej trochę odczekać, kierując się zasadą: im grubszy obiekt, tym dłużej schnie. Kawałkiem papieru ściernego delikatnie wygładzamy wszelkie nierówności.


Pomaluj mój świat


Zabieramy się za malowanie! Możemy pokryć glinę samoutwardzalną farbami akrylowymi, bądź farbami do szkła. Pierwsza opcja sprawi, że glina będzie miała kolor matowy, oczywiście można ją będzie  później polakierować. Farby do szkła dadzą nam szklisty efekt (właściwie nie potrzeba potem nakładać warstwy lakieru), aczkolwiek jest to droższa opcja. Osobiście wolę farby do szkła, ponieważ kolory są żywe, wyraźne, nie widać też pociągnięć pędzla, poza tym stanowią dodatkowe zabezpieczenie. Wybór należy do Was.

Moje ptaszki pomalowałam w kolorze jasnej zieleni, inspirując się stylem folk. Trochę przesadziłam z ilością wzorków, mogło być ich mniej. Nie wiem z jakiego powodu farba jak gdyby wsiąkła w glinę i miejscami wygląda na rozmazaną. Z różanym tea bag holderem nie miałam już takiego problemu. Jeśli pokrywacie farbami skomplikowany przedmiot, z wieloma zakamarkami, nie żałujcie farby, aby przypadkiem nie zostawić w zagłębieniach białych miejsc. Szczególnie, gdy może mieć później styczność z wilgocią.







A teraz czas na...


Lakierowanie! Sprawa niby banalna, a jednak pojawia się mała zagwozdka. Jaki lakier wybrać? W tym wypadku musi być bezpieczny w kontakcie z żywnością. Podejrzewam, że lakiery do decoupage niekoniecznie spełniają ten warunek. Ostatecznie zdecydowałam się na bezbarwny lakier do drewna firmy Vidaron, przeznaczony do... zabawek. Wiadomo, dzieci z reguły biorą wszelakie przedmioty do buzi, więc zakładam, że nie jest szkodliwy dla zdrowia. Jedyny mankament to taki, że lakier przeznaczony do drewna niekoniecznie nada się do gliny, ale cóż, musiałam sama to sprawdzić. 





Producent zaleca pokrycie obiektu 2 - 3 warstwami lakieru, ja dla pewności polakierowałam odrobinę więcej, aby mieć gwarancję, że pod wpływem wilgoci nic się złego nie stanie. Czas całkowitego schnięcia wynosi cztery godziny, tak więc jedna doba wystarczy na ukończenie procesu lakierowania. Co więcej, lakier nie ma intensywnego zapachu, łatwo się rozprowadza i jak na razie nie zauważyłam żadnych pęknięć w miejscu gdzie styka się z samą gliną (choć z pewnością najbezpieczniej jest nakładać lakier bezpośrednio na farbę). Oprócz moich tea bag holders polakierowałam jeszcze podstawki pod kubek, które wykonałam z gliny samoutwardzalnej już chyba ponad rok temu. Przeleżały cały ten czas w szafce, a szkoda, bo podoba mi się ich wzór. Stąd ptaszki pomalowałam w podobnym stylu, aby stworzyć ładny komplet. 

Jak na razie jestem zadowolona z efektów, mimo to wstrzymam się na razie z ostateczną oceną, ponieważ piszę ten wpis przed ukończeniem całego procesu lakierowania. Na zdjęciach moje tea bag holders pokryte są na razie dwoma warstwami lakieru. Mimo to nie zauważyłam, aby parująca herbata przedostała się przez powłokę (zwłaszcza w przypadku ptaszków, na których lakier styka się bezpośrednio z gliną). Jest więc szansa, że mój eksperyment się udał. W niedzielę uaktualnię wpis i dam znać, czy faktycznie lakier spisał się na medal. Co ważniejsze, mam nadzieję, że prezent spodoba się mojej mamie.