środa, 18 kwietnia 2018

Rysunek dziennie - sprawozdanie #15

Nikt nie lubi, jeśli coś mu nie wychodzi. Gdy bierze w przysłowiowy łeb i to, co się zaplanowało okazuje się machać do nas z rozbawieniem, znikając sobie w oddali. Taki był właśnie ubiegły tydzień. Cały porządek rozwaliła oczywiście choroba, w dodatku, jak to ostatnio bywa, całej naszej rodziny. Pewnie wirus. Ale serio? Właśnie teraz, gdy ciepło, słonecznie, kwitnąco...? A w planach tyle spacerów, tworzenia, urządzania mieszkania... i klops. Nic z tego.



Co gorsza, nici z rysowania. Uległam słabości i zdecydowałam się na przerwę, dopóki nie wyzdrowiejemy. Stąd moje opóźnienie, dopiero przedwczoraj zaczęłam nadrabiać braki w rysunkach, bo nie zostawię przecież tygodniowej luki! Tak więc wybaczcie czekanie. O tyle dobrze, że udało mi się wrzucić wpis o albumach i pamiętnikach, choć nie wiem jak to zrobiłam, pisałam go jak przez mgłę, spoza chusteczki przy nosie. W dodatku skończył się zeszyt! I jak na złość w Tesco nie mieli takiego z czystymi kartkami, musiałam rysować na pojedynczych. Udało mi się w końcu dorwać nowy w sklepie papierniczym i choć oczywiście wyboru za grosz, to mam już w czym rysować. Tym razem okładka z Nowym Yorkiem, lecz pozostaję wierna biało-czarnej kolorystyce.


Dobra wiadomość jest taka, że dobiłam setki! Rysunek setny przypadł na Alicję w Krainie Czarów. Cieszę się, bo to już jest mały sukces, prawie jedna trzecia mojego postanowienia noworocznego. Poza tym, w tym tygodniu pojawiły się moje ulubione style, czyli doodle oraz tribal. Najmniej chciało mi się rysować wieżowiec, raczej nie przepadam za klimatami urbanistycznymi, ale przyznaję, że mają też swój urok. 

99. Oko - zdecydowałam się na zwykły szkic, najlepiej poszło mi z tęczówką, za to problem miałam z rzęsami, których wyszło zbyt dużo. Szczerze mówiąc, musiałabym siedzieć godzinę, żeby porządnie narysować oko, niestety, tego dnia nie miałam tyle czasu.


100. Alicja w Krainie Czarów - setny rysunek, a raczej szkic, bo nie jest dokończony. Stwierdziłam jednak, że cieniowanie bądź konturowanie pisakiem zajmie mi kolejne pół godziny, dlatego dałam spokój. Szkic też się kwalifikuje. Tutaj Alicja rozmawia z królikiem po powiększeniu się (już nie pamiętam, czy to akurat ciastko powiększało?). Chyba jednak proporcje wyszły dosyć normalnie, nie widać, żeby Alicja była nienaturalnie duża.


101. Klepsydra - rysunek trochę ponury, nawiązujący do vanitas, zwracający uwagę na przemijalność życia. Trochę odpowiadający mojemu nastrojowi tego dnia.


 102. Motyl - do tego tematu podeszłam z innej strony i narysowałam motyla pod ludzką postacią ( a dokładniej królowej motyli).


103. Wieżowiec - jak już pisałam wcześniej, z tym tematem miałam trudność, ale jednocześnie od razu wiedziałam, czego użyję do jego narysowania. Węgla, który doskonale podkreśla czerń i samą specyfikę miasta.


104. Doodle - czyli inaczej bazgrołki, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Lubię ten styl, ponieważ jest taki prosty i mało restrykcyjny. Po prostu zabieram się do rysowania i każdy kolejny element przychodzi samoistnie, nie ważne czy to jakaś postać, obiekt lub kwiatek.


105. Tribal - moje tegoroczne odkrycie, choć styl stary jak świat. Ma swój przykuwający uwagę charakter i choć kojarzymy go przede wszystkim z tatuażami, to wywodzi się właśnie z kultur plemiennych. Poniższy lis/wilk był wzorowany na obrazku z internetu, tak więc nie posądzajcie mnie o plagiat, wybrałam go specjalnie aby poćwiczyć.


Tyle ze sprawozdania, następne będzie już punktualnie. Nawet nie wiecie jak dobrze jest rysować TYLKO jeden rysunek dziennie, a nie trzy, żeby nadrobić zaległości! Choroby za nami, teraz tylko pozostaje się cieszyć pełnią wiosny i wykorzystać niespożytą energię twórczą. Pozdrawiam Was ciepło!

środa, 11 kwietnia 2018

Moje albumy i pamiętniki, czyli jak przechowuję wspomnienia

Wspomnienia są dla mnie bardzo ważne. Pielęgnowanie ich i uchronienie od zapomnienia stanowi moją małą życiową misję. Robię to nie tylko dla siebie, ale również dla mojego męża, choćby dlatego, że miło powspominać pierwsze wspólne chwile, oraz dzieci (niech kiedyś zobaczą, że ich rodzice też mieli ciekawe życie przed ich narodzinami!). I nie mam na myśli jedynie zdjęć, ale wszystkie drobiazgi, które mi przywodzą na myśl zdarzenia z przeszłości. Gromadzę wszelakiej maści bilety, począwszy od pkp, po kinowe lub muzealne, drobne pamiątki z odwiedzonych miejsc, zasuszone kwiaty... Przechowuję nawet plan lekcji z liceum oraz ulotkę z dni otwartych uczelni, nie mówiąc już o pierwszym pamiętniku z podstawówki.
Mam na te wszystkie wspomnienia osobne miejsce, przy czym albumy odgrywają tu kluczową rolę.


Można powiedzieć, że albumami, do których wkleja się zdjęcia zamiast wsuwać je w kieszonki, zaraziła mnie mama. To właśnie ona mozolnie naklejała na puste stronice zdjęcia i ozdabiała w przeróżny sposób, czy to naklejkami, czy wyciętymi wzorkami, bądź własnoręcznymi rysunkami (o  scrapbookingu nikt jeszcze wtedy nie słyszał). Każdy album miał swój styl. Taka praca wymagała dużo czasu, ale dzięki systematyce udało jej się zamknąć wspomnienia z kilkunastu lat naszego życia w siedmiu tomach. Albumy do dzisiaj stoją w gablotce w salonie gościnnym. Niestety, tym, co zaszkodziło dalszej twórczości mamy była cyfryzacja. Nie dość, że dotychczasowe kilkadziesiąt zdjęć z jednego wyjazdu przerodziło się w setki, to w dodatku fotografie zaczęto przechowywać na komputerze. Tak więc wywołanie zdjęć stało się, o ironio, utrudnione (jak tu wybrać kilka zdjęć z tylu różnych ujęć?), ponadto moja mama nie umie obsługiwać komputera, a nam się zwyczajnie nie chciało jej w tym pomóc (mama jest dosyć wybredna, wiedzieliśmy, że uziemimy się na co najmniej kilka godzin). I tak technologia, zamiast pomóc, w tym konkretnym przypadku zaszkodziła.
W efekcie niewywołane zdjęcia znajdują się na twardym dysku, zawalając komputer i nikt ich tak naprawdę nie ogląda. A szkoda.


Muszę przyznać, że na początku nie przepadałam za naszymi albumami - były duże, nieporęczne, no i po przyklejeniu zdjęcia już nie dało się go wyciągnąć (dlatego ja używam narożniki). Aby pokazać zdjęcia w szkole, musiałam tachać ze sobą cały album. Przez co koledzy mieli wgląd w zdjęcia, którymi niekoniecznie chciałam się dzielić z całą klasą. Jednak teraz uważam te albumy za wspaniałą rzecz. Nie jestem w stanie kupić już albumu z kieszonkami - czyste, duże stronice dają o wiele większe pole do popisu.


Moja mama wykonała kawał dobrej roboty. Jednakże mi nadal czegoś brakowało. Po pierwsze, albumy zaczynają się zdjęciem ze ślubu rodziców, a potem już pojawiam się ja oraz mój brat. A co wcześniej? Gdzie wspomnienia z etapu chodzenia ze sobą, później narzeczeństwa...? Dlatego wraz z moim mężem staraliśmy się robić jak najwięcej zdjęć i choć nie mamy takiego z pierwszej randki (kto by w ogóle o tym myślał?), to pierwsze pojawiło się jakiś miesiąc później. Prawie cały jeden album jest wypełniony naszymi wspomnieniami przedślubnymi.
Czego jeszcze mi brakuje oprócz wcześniejszych zdjęć? Z tego co wiem, moja mama nie posiada żadnych zapisków lub pamiętnika (chyba że się nie przyznaje). Chciałabym zobaczyć jakieś pamiątki, choćby z mojego okresu niemowlęcego, czy z wydarzeń, które były dla niej specjalnie ważne. Stąd mój pomysł nie tylko na albumy, ale też pamiętniki, przechowywanie pamiątek, biletów, suszonych kwiatów... a przede wszystkim myśli.


Jak wyglądają moje albumy?
Pierwszy album jest "standardowy", czyli  zawierający wklejone zdjęcia na jasnych stronicach (jak już pisałam, używam narożników do zdjęć, aby można było je bez problemu wyjąć), ewentualnie jakiś podpis, poza tym zdobię go techniką decoupage. Zdjęć mamy od groma i trochę, dlatego wybrałam duży format i sporą liczbę stron. Na jednej mieści się około 4-5 zdjęć formatu 10x15, co tak naprawdę jest sporą liczbą po pomnożeniu przez ilość stron. Jest to nasz główny album, zawierający wszystkie nasze zdjęcia od początku znajomości, wyłączając jedynie ślub, na który przeznaczyłam osobny album, również z czystymi stronicami.







Album ślubny, poza zdjęciami zawiera również notatki z przygotowaniami do ślubu (takimi jak wizyta u fryzjera, wybrane pieśni czy lista gości), nasze zaproszenie na ślub, które specjalnie zostawiłam w tym celu, broszurkę z kościoła oraz kartki ślubne, które dostaliśmy od gości.





Następny jest pamiętnik, który zawiera również kilka zdjęć, jednak z założenia ma przede wszystkim przechowywać wspomnienia. Jest dla mnie bardzo specjalny, wręcz intymny, wykonany z dedykacją dla mojego męża. Zdobię go suszonymi kwiatami, w większości otrzymanymi od mojego ukochanego. Sprawiają, że pamiętnik nabiera niezwykłego charakteru. Poza kwiatami umieściłam na końcowych stronach kopertę, w której przechowuję bilety z naszych podróży pociągami, bilety do kina oraz z innych miejsc, które wspólnie odwiedziliśmy.


 



 
Jako prezent na naszą rocznicę, wręczyłam mojemu mężowi rozkładaną książeczkę, upamiętniającą ważne wydarzenia z pierwszego roku naszej znajomości. Przy jej wykonaniu sięgnęłam po technikę paper cutting (część obrazków pokazałam we wpisie: Parę słów o paper cutting...  ). Tak więc książeczka zawiera zdjęcia, daty oraz obrazki wycięte w papierze.

Przyznaję, mam dwa małe albumy z kieszonkami, które kupiłam chyba jeszcze w podstawówce. Umieściłam w nich stare zdjęcia - jedne dokumentujące moją przygodę z jeździectwem oraz fotografie ze szkolnych wycieczek. Mam jednak plany zrobić z nimi porządek i stworzyć osobny album. Wklejany, rzecz jasna.

Poza tymi głównymi albumami, w mojej szufladzie znajdują się jeszcze pamiętniki z podstawówki, zeszyty ze złotymi myślami (też takie zakładaliście?), stare notatniki z rysunkami lub opowiadaniami pisanymi ręcznie... Cóż, moi potomkowie będą mieli co oglądać. O mojej szufladzie wspomnień zrobię kiedyś osobny wpis, bo długo by można o niej opowiadać. Na zakończenie proponuję Wam sposoby na ciekawe ozdabianie albumów, które zastosowałam u siebie.

Co zamiast scrapbookingu?

Lubię scrapbooking i bardzo mi się on podoba, jednak nigdy go nie wypróbowałam. Czemu? No cóż, żeby album wyglądał tak nieziemsko jak możemy podpatrzyć w internecie, trzeba by zaopatrzyć się w tonę materiałów! Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale kolorowe papiery, wstążki, naklejki, guziczki, drewniane elementy itp, w takiej ilości stanowią spory wydatek... Dlatego wybrałam tańszą opcję i swoje albumy ozdabiałam:

1) Serwetkami - czyli techniką decoupage. Nie muszą to być tylko serwetki, możecie wykorzystać wydruki na papierze śniadaniowym. Potrzebny wam jeszcze tylko klej do decoupage i gotowe.


2) Suszonymi kwiatami - zwłaszcza podarowanymi przez ukochaną osobę lub zebranymi w urokliwym miejscu. Pamiętajcie tylko, żeby dobrze je wysuszyć, inaczej album może Wam zapleśnieć!


3) Pamiątkami - w postaci biletów do kina, MPK, PKP itp (przy okazji zobaczycie jak podrożał transport z upływem lat).

4) Rysunkami - nawet malutkie, takie w stylu doodle, ale własne. Jest to co prawda propozycja czasochłonna, jednak warto. Jeden z albumów mojej mamy zawiera rysunki moje i mojej kuzynki - i choć nie są najpiękniejsze, bo rysowane za naszych nastoletnich czasów, to stanowią pamiątkę na lata.

5) Cytatami - mogą być z książek czy filmów, ale możecie także zacytować członków waszej rodziny, zwłaszcza te najśmieszniejsze lub najczęściej wypowiadane frazy.

6) Smsami - w nawiązaniu do cytatów, możecie przepisać smsy, które były dla Was szczególne (np. pierwszy sms od przyszłego męża). 

Mam nadzieję, że moje propozycje się Wam spodobają i zainspirujecie się nimi przy tworzeniu własnych albumów, czy pamiętników. A skąd pomysł na ten wpis? Stąd, że obecnie nadrabiam zaległości i wybieram zdjęcia do wywołania. Nazbierało się ich tyle, że chyba będę potrzebować nowego albumu... Ale cieszę się na samą myśl o chwili, gdy będę je trzymać w rękach. Bo co innego jest oglądać zdjęcia na telefonie lub komputerze, a co innego przewracać z szelestem stronice wypełnione wspomnieniami.


poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Rysunek dziennie - sprawozdanie #14

Czas na sprawozdanie czternaste - pomału zbliżamy się do setki! Sto rysunków, jak to brzmi! Nie są co prawda formatu A4, jednak każdy jest na swój sposób ciekawy. Mam nadzieję, że ktoś z Was także podjął moje wyzwanie i że również ma się czym pochwalić. Zapraszam do podzielenia się sukcesem w komentarzach! 


Ach, wiosna jest cudowną porą roku. Szczególnie gdy mogę spacerować lasem, mając pod stopami zawilce, fiołki i złocienie... Na drzewach widać już zielone pączki, a niebo w końcu ma barwę błękitu. Jakby ktoś na nowo pokolorował świat. 
Chciałabym móc pokazać Wam same barwne rysunki, ale poza tulipanami namalowanymi farbami akwarelowymi w tym tygodniu przeważał ołówek oraz pisak. Za to po Świętach wzięłam się trochę bardziej do roboty, leń złapał mnie dopiero pod koniec tygodnia. Starałam się jednak nie rysować byle jak, bo mam wyrzuty sumienia po ostatnim tygodniu...

92. Tulipan - w farbach akwarelowych najbardziej podoba mi się ten efekt, który można uzyskać dzięki wodzie, a który tak rzadko mi się udaje. Tulipany są moimi ulubionymi wiosennymi kwiatami i cieszę się, że mogę je podziwiać u siebie w domu. I nie tylko w wazonie, również w ogrodzie!



93. Biedronka - bardzo przyjemny temat (z resztą, kto nie lubi biedronek?). Postawiłam na ołówek, aby poćwiczyć cieniowanie. Ciekawe, czemu biedronki wywołują w nas takie pozytywne skojarzenia?

 

94. Dżins - postanowiłam wpleść w miesięczne tematy różne rodzaje faktur, w tym charakterystyczne tkaniny. Jako pierwszy poszedł na warsztat jeans, który jest jednym z moich ulubionych materiałów. I choć planowałam narysować fragment tkaniny, ostatecznie narysowałam całe shorty.



95. Huśtawka - zwykła przydomowa huśtawka, sceneria wyszła odrobinę jesienna przez spadające liście oraz wiatr. No i ta gałąź taka dosyć cienka, nie wiem czy udźwignęłaby kogokolwiek poza dzieckiem.

 

96. Krzesło - no cóż, tutaj pomału zaczął mnie łapać leń, ale na moją obronę wybrałam jako model krzesło bujane w starodawnym stylu. Swoją drogą, ciekawe czy wygodnie się na nim bujało? Mam nadzieję, że wybaczycie te krzywe kreski.


 97. Syrena - najciekawszy temat w tym tygodniu i jak to się przy takich okazjach zdarza, ambicje duże, ale rzeczywistość jeszcze większa. Nie jest jednak tak źle, udało się przezwyciężyć znużenie i narysować przyzwoitą syrenkę. Zaraz po smokach, syreny są moim ulubionym obiektem fantasy do rysowania.

 

98. Klamka - wydawało by się, że temat bardzo prozaiczny, ot, zwykły detal do poćwiczenia, jednak zdziwiłam się, jak dużo jest ładnych klamek, kołatek itp. na świecie! Swoją drogą kto by pomyślał, że nawet w tak małej i niepozornej rzeczy można rozwinąć swój kunszt artystyczny. Do rysowania wybrałam klamkę w kształcie liścia.



Być może (bo nie chcę niczego obiecywać) w tym tygodniu pojawi się wpis o tym, jak przechowuję swoje wspomnienia, czy to w postaci zdjęć, albumów, czy pamiętników. Pamiątki są dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza, że wiele wspomnień mi umyka, a lubię do nich wracać i odkrywać je na nowo. Z resztą dbam o nie nie tylko dla siebie, lecz także dla mojej rodziny. Jestem ciekawa, jakie są Wasze metody, mam nadzieję, że podzielicie się w komentarzach. Pozdrawiam Was wiosennie i kolorowo!




wtorek, 3 kwietnia 2018

Rysunek dziennie - sprawozdanie #13

Wracam po świątecznej przerwie z nowym sprawozdaniem, dobrym nastrojem i energią do działania. Mam nadzieję, że Wielkanoc przyniosła ze sobą radość i nadzieję, która nie skończy się wraz ze świętowaniem, ale będzie nam towarzyszyć jak najdłużej.



Jak się domyślacie, tematy w zeszłym tygodniu nawiązywały do Wielkanocy. Miałam z nimi problem, bo tego typu rysunki kojarzą mi się z kolorowym kiczem serwowanym przez sklepy, a tego chciałam uniknąć. Nie udało mi się to w zupełności (temat zając), ale starałam się jak mogłam. Przyznam bez bicia, że nie przykładałam się do rysowania. Moimi priorytetami były przede wszystkim przygotowania do Świąt (zarówno duchowe jak i domowe) oraz czas spędzony z rodziną. Tak więc rysunkom daleko do perfekcji, ale przynajmniej nie ominęłam ani jednego dnia.

85. Pisanki - w stylu doodle (chyba przygotuję o nim osobny wpis, tak dobrze mi się go używa), starałam się aby każda pisanka miała inny wzór, co prawie się udało. Jak Wasze pisanki w tym roku?


86. Zając - przy tym rysunku otarłam się o ten wyżej wspomniany kicz, ale co zrobić. Dodatkowo kolejna pisanka (jakby komuś było ich mało).


87. Baranek -  malunek wykonany farbami akwarelowymi, tym razem postawiłam na naturalność, a przy okazji wyszło ciekawe tło, które ładnie komponuje się z szarościami.


 88. Chleb - co prawda mój mąż nie domyślił się, co rysunek przedstawia i stwierdził, że chyba jednak sepia kredowa nie jest dla mnie, no ale... Tak więc podpowiadam, że poniżej widać chleb razem z kłosami pszenicy - temat pod Wielki Czwartek, kiedy to świętujemy ustanowienie Eucharystii.


89. Krzyż - dzisiaj Wielki Piątek, zatem rozpamiętywanie męki Jezusa na krzyżu. Chciałam, aby poniższa postać Jezusa była odrobinę transparentna, jakby wychodząca z krzyża, wyciągająca do nas ręce wolne od gwoździ.
 

 90. Koszyczek wielkanocny - rysunek na szybko, dlatego może nie do końca staranny (z pewnością dobry do poćwiczenia rysowania wikliny). Ja od dwóch lat nie przygotowuję święconki (a bardzo bym chciała), ponieważ zazwyczaj jedziemy na Święta do rodziny, tak więc nie ma potrzeby przyrządzania kolejnego koszyczka.


 91. Napis "Wielkanoc" - napis może niezbyt skomplikowany, ale za to spodobał mi się pomysł na jego "wyhaftowanie". Dla ozdoby dodałam jeszcze kilka "haftów" roślinnych oraz malutkie pisanki.



Choć mam dużo różnych planów na ten miesiąc, postanowiłam trochę odpocząć po intensywnym marcu. Dlatego na chwilę odkładam glinę na bok. Nie znaczy to, że porzucam bloga, o nie! Chciałabym zająć się zaległościami w zdjęciach, więc przy okazji pojawi się jakiś wpis na ten temat, poza tym mam do zagospodarowania przestrzeń nad biurkiem... Zdradzę tylko, że spodobały mi się motywy botaniczne, temat na kwiecień jak znalazł. Będzie co czytać, zaglądajcie i sprawdzajcie!


czwartek, 29 marca 2018

Zając, kura i pisanki - recenzja gliny samoutwardzalnej DAS

Mam nadzieję, że Wasze przygotowania do Wielkanocy upływają w radosnej atmosferze, i że nie macie wyrzutów sumienia z powodu nieumytych okien. Pamiętajcie, że to nie są Święta wielkich porządków, a Wielkiej Nocy ;)

Przygotowanie tego wpisu szło mi naprawdę opornie. Niby miało być przyjemnie, bo lubię pisać recenzję, ale myślę, że źle wybrałam sobie ozdoby do przygotowania. Zając, którego zobaczycie poniżej, czekał chyba z tydzień na pomalowanie, kura też nie do końca mi się udała, poza tym doszły problemy z gliną... A z trzech pomysłów na pisanki (o których była mowa tutaj:10 najfajniejszych pomysłów na pisanki - zestawienie pinterest) zrealizowałam tylko jeden. Nie najlepiej wyszły mi te przygotowania w tym roku. Pocieszam się, że przynajmniej udało mi się sprawić radość mojej koleżance pisankami matrioszkami. Bo w końcu chyba właśnie o to chodzi, żeby inni mieli przyjemność z naszego rękodzieła.
 

Przy okazji moich świątecznych robótek przygotowałam dla Was kolejną recenzję gliny samoutwardzalnej, tym razem włoskiej firmy DAS, którą pokazywałam Wam ostatnio na zdjęciach jako mój najnowszy zakup. Do recenzji wykorzystałam białą glinę samoutwardzalną.


Glina samoutwardzalna DAS występuje w kolorze białym oraz terracotta. Co ciekawe, firma oferuje też ciekawy produkt Idea Mix, który w połączeniu z gliną nadaje jej efekt marmuru. Nie próbowałam, ale myślę, że pomysł warty uwagi.



No właśnie, czy na pewno biała? Jak widzicie na zdjęciach glina ma tak naprawdę szary kolor. Po wyschnięciu staje się jaśniejszy, ale zdecydowanie nie jest biała. Jeśli potrzebujemy bieli, nie ma rady, trzeba pomalować. 

Struktura masy jest widocznie włóknista (taka "papierowa"), ma to swój wpływ na plastyczność gliny. Po wyjęciu z opakowania jest wilgotna, jakkolwiek stosunkowo szybko wysycha z wierzchu - przy wygładzaniu musiałam wspomagać się wodą. Za to nie ma tutaj takiego problemu jak przy glinie samoutwardzalnej Kooh-i-nor, gdzie łatwo było przesadzić z wodą. Wiadomo, trzeba używać jej rozsądnie, ale nie musimy się aż tak pilnować. 

Jak już wspomniałam, struktura gliny ma wpływ na jej plastyczność, co w tym wypadku oznacza, że niestety jest ona nieco ograniczona. Nie łatwo idzie wygładzanie gliny, nawet jeśli użyjemy do tego wody. Łączenie elementów jest już w ogóle utrudnione, poszczególne elementy ciężko się ze sobą łączą, zwłaszcza jeśli glina leży już jakiś czas poza opakowaniem. 

Kolejną rzeczą, która może nas nieco zaskoczyć jest intensywny zapach. Utrzymuje się on dosyć długo (i roznosi po całym pomieszczeniu), nawet po wyschnięciu jest wyczuwalny. Jak dla mnie, stanowi to spory minus, zwłaszcza jeśli zapach nie przypadnie nam do gustu. 

Podsumowując, glina samoutwardzalna DAS nadaje się do większych projektów, ubogich w detale, moim zdaniem świetnie się spisze np. do wykonania misek. Mniejsza wilgotność ułatwia wałkowanie, glina nie będzie się nam przyklejać do wałka.
Osobiście określiłabym tą masę jako "toporną". Niestety nie jestem z niej zadowolona, lubię gdy plastyczność gliny jest dosyć duża co pozwala na większe pole do popisu. Myślę, że będzie odpowiednia dla osób początkujących (do prostych projektów), bądź do wykonania większych prac. 

Poniżej pokażę Wam jak wygląda zastosowanie gliny samoutwardzalnej DAS w praktyce. Zaczęłam od wykonania zająca, na którego natknęłam się na pintereście (klik!). Z dwóch kulek uformowałam tułów oraz głowę. Na zdjęciu głowa nie jest jeszcze przytwierdzona, w tym celu pomogłam sobie wodą i narzędziami (można użyć też kawałka druciku lub wykałaczki, nie będzie ryzyka, że odpadnie). 


Następnie dorobiłam uszy (przy których sporo się namęczyłam, aby  przytwierdzić je do głowy). Wykonałam oczka i nosek oraz mały ogonek z kuleczki, po czym odstawiłam zająca do wyschnięcia. Samo schnięcie trwało dosyć długo, mniej więcej do trzech dni.

 

Pozostało już tylko pomalować. Na początku wybrałam zbyt ciemny kolor farby, poprawiałam drugi raz jaśniejszym. Polecam malować takie duże prace kawałkiem gąbki, bo pędzel zostawi widoczne ślady pociągnięć.


Za pomocą patyczka do uszu dorobiłam zajączkowi białe kropki. Dobrze by było na samym końcu pociągnąć jeszcze bezbarwnym lakierem, niestety takowego aktualnie nie posiadam, stąd te refleksy światła na warstwie farby akrylowej.


Tak wygląda gotowy zajączek. 





Kolejna na warsztat poszła kura. Z mniejszej kulki wykonałam głowę z dziobkiem (na zdjęciu jeszcze pierwotna wersja grzebienia), z większej powstał tułów.


Po modyfikacjach dodałam dziobek osobno oraz zmieniłam też grzebień. Dolną część tułowia pofałdowałam, aby tworzył a la sukienkę. 

 

Dorobiłam niewielkie skrzydełka po bokach, następnie małymi spłaszczonymi kulkami ozdobiłam tułów mojej kury, po czym odstawiłam ją do wyschnięcia. Po czasie okazało się, że mocowanie głowy było za słabe (co potwierdza, że elementy z tej gliny kiepsko się do siebie przyklejają).

 

I... to by było na tyle. Niestety, koniec końców kura się po prostu rozpadła. Gdy zabrałam się do malowania, poodpadały kolejne elementy, zarówno skrzydełko, czubek jak i kropki. Chyba się domyślacie, że nie byłam zadowolona? Nie wiem, widocznie trzeba poświęcać dużo uwagi na łączenie elementów, nie wystarczyć zwykłe przyklejenie do siebie. Moim zdaniem to strata czasu, bo dużo wysiłku wkładam w czynność, która powinna być naprawdę banalna do zrobienia. Nie chciałam pisać negatywnej recenzji, bo glina mimo wszystko ma swoje zalety, jednak po zastosowaniu jej w praktyce nie jestem z niej zadowolona...

Glina samoutwardzalna DAS

Plusy
+ dobrze się wałkuje
+ mała kleistość
+ nadaje się do większych prac

Minusy
- intensywny zapach
- mała plastyczność
- szybko schnie w rękach
- elementy kiepsko się ze sobą łączą
- ciężko się wygładza
- nie nadaje się do detali 

Na koniec kilka zdjęć pisanek matrioszek, podarowanych mojej koleżance. Choć bazowałam na pomyśle z pinteresta (klik!), to zmodyfikowałam go po swojemu, bardziej ozdabiając babuszki. We wpisie o pisankach mówiłam, że pomysł jest prosty do wykonania, jednak okazał się dosyć czasochłonny, biorąc pod uwagę malowanie chusty oraz dolnego stroju. No i nie tak łatwo zostawić równe miejsce na buźki! 







To już ostatni wpis przed Świętami Wielkanocnymi, dlatego życzę Wam aby upłynęły na głębokiej modlitwie, jedności ze Zmartwychwstałym i na serdecznych relacjach z najbliższymi. Odpocznijcie i cieszcie się tymi dniami jak najlepiej!